Jest coś uwalniającego w obecnej różnorodności i wracaniem myślami do tego, kim byłyśmy, w trwaniu w tym, kim się stajemy. Jednocześnie jak zaakceptować przemijającą dziewczyńskość, gdy sam proces dorastania jako dziewczyna, w przyszłości kobieta, pełni nieustający obowiązek wcielania się w rolę, przyjmowania różnych min w imię zadowolenia widzów?

Muszę urodzić samą siebie.

To wielki trud.

Krzyczę, wyję, 

z włosów cieknie pot i krew.

Cierpiąc jak zwierzę nie mam czasu zapytać,

kto mi właściwie każe rodzić samą siebie.

a. świrszczyńska, rodzę siebie

Mam krew na rękach.
Moje dłonie wręcz palą się pod karmazynem chowającym się w płytkich okopach skóry. Niemal wierzę, że faktycznie kogoś skrzywdziłam. A może nie jest to wyłącznie przypadkowa myśl, jedna z tych, która nadchodzi chwilę przed zaśnięciem? Może faktycznie kogoś zraniłam? Zabiłam człowieka? Człowiek w tym przypadku brzmi tak niemal obco, całkowicie beznamiętnie, z dystansem. Jeszcze żyję, ale gdy sama odejdę, na tabliczce grobu wykujcie napis: Zabiła swoją matkę, siostrę, bratnią duszę. Zabiła siebie.

Zima jest przedziwnie sentymentalną porą, tkwi w tym nawet pewna groteskowość, zwracając uwagę na wszechotaczającą aurę. Niebo skrzy się nad bladym odbiciem wszelkich mórz, jezior, kałuż. Słońce zasypia na ramionach wszystkich tych, którzy wyszli na zewnątrz. Siedzimy w zaciszu sypialni, przyglądamy się porannym ucztom mgieł nocnych, by zastanowić się nad tym, dlaczego zostałyśmy stworzone? Dlaczego tworzymy dalej?

Daleko mi do uroku chylących się latarenek konwalii, choć nazbyt często zdarza mi się sunąć spojrzeniem po ziemi. Nie przyrównuję się również do uroczystego kompletu filiżanek bzów, nie wspomnę nawet o krynolijnych piwoniach. Szczególnie bliskie są jednak maki; może przez zalanie swoją czerwienią przydomowych poboczy, może przez gorzkawy zapach i kryjącym się w nim dziecięce wspomnienie?
Melancholia, ona towarzyszy mi od połowy września. Uciekam pamięcią do minionych przed laty dni, kiedy po wybiciu godziny dziesiątej, wybiegałam z mieszkania, a żeby zaraz wskoczyć do piaskownicy na babcinym osiedlu. Tam spędzałam kolejne upalne tygodnie, zapierając się rękoma przed powrotem choćby na piętnaście minut, na obiad, na krótką drzemkę. Tęskno mi do poznanej na placu zabaw dziewczynki, do jej wczesnych doświadczeń życia na emigracji, do jej kuzynki Poli. Pola, Pola, Pola, powtarzałam niegdyś w głowie, obiecując w przyszłości nazwać tak córkę.

Brak mi dzielenia butelki oranżady na kilka osób. Chcę raz jeszcze wymieniać się bransoletkami przyjaźni i wierzyć, że to na zawsze. Czy wrócimy do ponownego grania w pytanie-wyzwanie? Do patrzenia na coraz to bardziej rumieniejącą się twarz dawnej koleżanki, kiedy miała przyznać, którego chłopaka z klasy szczególnie darzy sympatią?

Tęsknię za odkrywaniem własnych poglądów, poznawaniem swojej roli w świecie. Nagle wszystkie stawałyśmy się znawczyniami dziedziny stosunków międzynarodowych, żywo dyskutowałyśmy o wynikach wyborów prezydenta w Stanach Zjednoczonych. Tęsknię za nadawaniem pseudonimów znajomym, żeby nikt poza grupą wtajemniczonych nie domyślił się, o kim mówimy. Podczas wakacji chodziłyśmy nad jezioro, echo niosło głosy dobiegające z plaży po drugiej stronie brzegu, a my rozmawiałyśmy o odkrywaniu swojego ciała i stwierdzałyśmy, że to wcale nie takie zabawne, gdy którejś lekko zsunie się stanik.
Wróćmy do liceum, nocek w lutowe wieczory i niepamiętania niczego z wyjątkiem lecącej w tle nowej piosenki Jonas Brothers. Chcę znów analizować na wspólnym czacie  wiadomości i zastanawiać się, czy to odpowiedni moment na zaproponowanie wyjścia. Chcę znów przeczytać Ty jesteś głupia po przyznaniu zakochania się raptem po dwóch tygodniach pisania.

Proszę, zapalimy papierosa i podzielimy się największymi traumami naszego życia? Później wejdziemy do sali i będziemy udawać, że właśnie nie usłyszałyśmy najbardziej dotkliwego wspomnienia kogoś, kogo ledwie pamiętamy nazwisko? Odprowadźmy się jeszcze na przystanek tramwajowy, dworzec, bo nie dokończyłyśmy dyskusji z konwersatorium (i chcę też, żebyś bezpiecznie znalazła się w domu).

Może to tylko pozorne odczucie, ale jest coś wyzwalającego w dorastaniu razem, budowaniu tożsamości, którą w późniejszych latach ponownie poddajesz modyfikacji po przeczytaniu książki, usłyszeniu czyjejś opinii, zrozumienie dawnych błędów. Jest coś uwalniającego w obecnej różnorodności i wracaniem myślami do tego, kim byłyśmy, w trwaniu w tym, kim się stajemy. Jednocześnie jak zaakceptować przemijającą dziewczyńskość, gdy sam proces dorastania jako dziewczyna, w przyszłości kobieta, pełni nieustający obowiązek wcielania się w rolę, przyjmowania różnych min w imię zadowolenia widzów? Każdy krok, każde słowo, każde przemyślenie ma pełnić swoisty manifest, symbol zmieniający bieg świata. Dziewczyństwo nie przedstawia się jako prywatne doświadczenie, stawianie  kroków w indywidualnym doświadczeniu szczęścia czy żalu. Wszystko okazuje się być wystawione na ocenę, komentarz. Samo bycie jest nieustannym performancem, wkraczaniem na scenę. Ale, co ciekawe, daleko temu obrazowi od samorealizacji artystycznej. Wszystkiemu ciąży wieczna pogoń za spełnianiem międzypokoleniowych ambicji, brak przerw, brak chwili wytchnienia. To składa się na nadzieję, że dzięki własnemu poświęceniu zagwarantujemy sobie wszystko, co niezbędne; a raczej wszystko, co niezbędne, zdaniem innych. Za główny cel wybierana jest droga rewolucji. Ale co z tej rewolucji, co z stale tlącym się płomieniem? Czy fale zrywów w imię złudnej radości nie zostaną streszczone pełnymi krytyki słowami? Wszystko będzie walką po nic, że kierowała nami przesadna chwiejność, zbytnia sentymentalność i w rzeczywistości jesteśmy próbą odwzorowania doskonałego dobytku chłopców. Oni w końcu stawiali kroki w ciszy, nie hołubili się, więc w tym właśnie znajduje się ich sukces. A teraz my, kobiety, stoimy nad płonącą cywilizacją, ciała, zastanawiamy się, dlaczego dusimy się dymem. Przecież same podłożyłyśmy zapałkę. Czyżby?

Zuzanna Sierleja