Są teraz wszędzie. Gdziekolwiek byście nie spojrzeli, tam je znajdziecie. Będą Wam się przypominać nad ranem i w nocy, będziecie na nie wydzielać kartki kolorowego papieru, będziecie o nich pamiętać. A przynajmniej taki właśnie jest plan, prawda? Żeby o nich pamiętać.

Mowa, oczywiście, o postanowieniach noworocznych, towarzyszach każdej godziny styczniowych dni, obecnych pod różnymi postaciami: zawieszonych na lodówce, w barwnych tabelkach, w świeżo zaktualizowanych aplikacjach na telefonie, w popularnym formacie Excela. Postanowienia noworoczne wymagają wiele. Wymagają na przykład konsekwencji (jeśli chcecie być w czymś lepsi), cierpliwości (jeśli coś jest skomplikowane, niszowe, uzależnione w znacznej mierze od Was), stawiania granic (jeśli zwykle takowe nie istniały). To również godziny poświęcone na kompletowanie tych zmian: listy życzeń, miejsc do odwiedzenia, rodziny i przyjaciół do obdzwonienia w każdy piątek przed dwudziestą, coroczne rzucanie palenia. W cieniu tego wszystkiego majaczy ciężko wywalczony karnet na siłownię, a razem z nim obietnica, że tym razem, w tym roku właśnie, musi się udać.

I, tak całkiem szczerze, rzadko udaje się cokolwiek osiągnąć za pierwszym razem, szczególnie pod presją. A gdy ta presja jest zapisana, można ją sobie wyjąć w każdej chwili pod postacią podpunktów? Koszmar.

Pragnę Was uspokoić: nie udało mi się rzucić palenia. Nie dotarłam na siłownię (nigdy). Nie przeczytałam dwudziestu książek każdego miesiąca (czasami były to dwie, czasami była to żadna). Nie prowadziłam konsekwentnie dziennika (ostatni wpis jest, owszem, z grudnia, ale tego trzy lata temu). Dalej robię wszystko na ostatnią chwilę. Wciąż notorycznie zapominam o urodzinach bliskich. Nie zapisuję niczego, co zapisać powinnam.

Oczywiście, w tym braku ogłady, który zdecydowanie nie sprzyja trzymaniu samej siebie w ryzach, nie uważam, żeby postanowienia noworoczne nie miały sensu – wręcz przeciwnie. Uważam po prostu, że należałoby je trochę zdewaluować.

Niech będą przypomnieniem, nie przymusem. Niech będą małą zmianą, jednym krokiem, zamiast dokładnym przekrojem całego pierwszego kwartału. Niech zaczną się od: dziś zrobię dla siebie coś miłego. Albo: dziś zostawię komuś kwiatka na wycieraczce. Niech będą niematerialne, codzienne, niech będą powolne: pozwolę sobie więcej i częściej widzieć, zatrzymywać się, tańczyć, pisać, tworzyć, wymyślać, śmiać się. Niech przestaną być krzykliwe, przerysowane, niech zaczynają się od chcę, a nie muszę. Może będą zmianą dla ogółu? Na przykład: przestanę kupować niepotrzebne rzeczy, i tak mam ich za dużo. Pójdę na kurs pierwszej pomocy. Pójdę na kurs pierwszej pomocy dla zwierząt. Zamiast oceniać, będę próbować rozumieć. Zamiast odrzucać, będę próbować wytłumaczyć. Ale przy tym: nie będę akceptować tego, co nie jest dla mnie dobre. Spojrzę krytycznie na swoje otoczenie, na siebie (nie za bardzo), posłucham swoich przyjaciół. Narysuję obrazek w piasku. Zadbam o swoje potrzeby, zanim zadbam o cudze. Uwierzę, że uda mi się wykorzystać mój potencjał. Że ktoś, kogokolwiek potrzebuję, czuwa nad tymi planami.

Nie wszystko musi się udać i nie na wszystko musi być termin. Można coś zacząć i można czegoś nie skończyć. Można zmienić zdanie, pomylić się, nie wybaczyć komuś, odnaleźć w sobie coś nowego, można to zapisać albo i nie. Można się do tego stosować – albo i nie.

Życzę każdemu, żeby to był dobry rok. Żeby to był rok otwarty na można i na zobaczę. Życzę, żebyśmy sobie wzajemnie odpuszczali i żebyśmy byli dla siebie mili w tramwaju. I, cytując moją drogą przyjaciółkę, żebyśmy byli odważni, nawet jeśli boimy się tacy być.

Oliwia Pieściuk