Zmiana klimatu jest faktem. Jej skutki widoczne są także w sporcie. Nieprzewidywalność zjawisk pogodowych przyzwyczaja fanów skoków narciarskich do opóźnionych konkursów, przeciągających się serii i odwołanych zawodów. Jak z nowymi wyzwaniami radzą sobie organizatorzy?

Przedstawiciele właściwie wszystkich sportów zimowych rozgrywających się na świeżym powietrzu z niepokojem patrzą na przyszłość swojej dyscypliny. Zimy z roku na rok są coraz cieplejsze i nic nie wskazuje na to, żeby w przyszłych sezonach sytuacja miała się zmienić. Oczywiście zdają sobie z tego sprawę władze Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), które już od jakiegoś czasu poszukują nowych rozwiązań w walce z konsekwencjami globalnego ocieplenia.

Skoki bez śniegu?

Podstawowym problemem jest brak pokrywy śnieżnej. Już dawno przestaliśmy liczyć na to, że zdoła spaść wystarczająca ilość śniegu, aby móc bezpiecznie lądować na zeskoku. Coraz trudniejsze staje się jednak utrzymanie na skoczni nawet sztucznego śniegu w dobrym stanie.

Rozwiązaniem może być nawierzchnia igielitowa, stosowana do tej pory jedynie podczas Letniego Grand Prix. Pierwsza próba przeprowadzenia zawodów liczonych do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w wariancie hybrydowym (na igielicie i torach lodowych) odbyła się już rok temu w Wiśle. Niewykluczone, że inauguracja sezonu zimowego w takich okolicznościach nie cieszyła oka, ale pomysł zdał egzamin.

Taka formuła rozgrywania konkursów mogłaby się też przyczynić do popularyzacji tego – jak by nie patrzeć – niszowego sportu. Stworzyłaby szansę na podbicie nowych rynków, organizację zawodów w lokalizacjach, które ze względu na klimat, póki co były niedostępne.

Trzeba jednak pamiętać, że i to rozwiązanie ma swoje wady. Jeśli temperatura spadnie poniżej zera, woda, którą polewa się igielit, zamarznie i powstanie twarda skorupa. Przeprowadzenie rywalizacji w takich warunkach jest wykluczone.

Czy mimo wszystko przez ocieplający się klimat taki widok na skoczniach będzie coraz częstszy? Całkiem możliwe.

Taki mamy klimat

W sprawnym przebiegu zawodów nie pomaga też porywisty wiatr. Mogłoby się wydawać, że jest wręcz pożądany, bo pozwala zawodnikom uzyskać lepszą odległość. Zbyt silne podmuchy w kluczowych fazach lotu, czyli przy wyjściu z progu i nad bulą, mogą jednak sprawiać zawodnikom niemałe trudności w utrzymaniu poprawnej sylwetki. Taka sytuacja zagraża bezpieczeństwu skoczków.

Nieustannie zmieniające się warunki wietrzne często wypaczają też ostateczne wyniki konkursu. Czasem na skok zaledwie kilku zawodników wiatr całkowicie zmienia swój kierunek. Podmuch może okazać się wyjątkowo korzystny albo zaprzepaścić nadzieje zawodnika na dobrą lokatę, nawet wtedy, kiedy prezentuje wysoki poziom sportowy.

Rozstawione wzdłuż zeskoku siatki nie są w stanie skutecznie minimalizować wpływu wiatru na występy skoczków. Niekorzystne warunki pogodowe są więc rekompensowane „punktami za wiatr”. Teoretyczne wyrównanie szans mają zapewniać też niesławne „tańce z belkami”. System nie jest jednak idealny. W praktyce nieprzewidywalność wiatru wciąż odbiera przyjemność z oglądania sportowej rywalizacji i pozostawia zawodników z poczuciem niesprawiedliwości.

Z powodu zbyt silnych podmuchów wiatru konkursy Pucharu Świata coraz częściej są przerywane. Zdarzają się też decyzje o przesunięciu godziny rozpoczęcia rywalizacji albo rozegraniu tylko jednej serii. W najgorszym wypadku zawody zostają całkowicie odwołane.

Jeśli nic się nie zmieni, to skoki narciarskie, jakie znamy, przestaną istnieć, a ich los mogą podzielić inne dyscypliny sportów zimowych.

Aleksandra Łukawska